Menu Zamknij

„Ku pomocy” – napisz opowiadanie zawarte w liście

 

Łódź, 10.12.2014 r.

 

Najdroższy kolego!

 

   Wiedz, mój drogi przyjacielu, który trzymasz teraz w dłoni ten tekst, iż nie tak dawno, gdyż kilka miesięcy temu, udałem się na egipską ziemię pod rodzicielską egidą. Jakże uciecha rozpierała moją pierś na wieść o tej wyprawie, tego nawet Ty Adamie, o bujnej fantazji, nie jesteś w stanie sobie wyobrazić.

 

 

   Na miejscu poznaliśmy krajana, który był panem wielkiego przybrzeżnego kurortu i miał swoją służbę, którą powszechnie nazywa się pracownikami. Mimo to nie zdołał ugasić choroby swego ciała i wydawał się nieszczęśliwy. Pokrywał go trąd, wobec którego tamtejsi lekarze okazywali się bezsilni. Jego wewnętrzna i skrywana, acz wyczuwalna przez moją matkę, rozpacz była tak potężna, iż ojciec został przez małżonkę wyproszony o zainteresowanie się tym biedakiem. Jako że jest lekarzem, mniemała, iż może dopomóc, choćby dobrą radą.

 

   Towarzysząc ojcu w rozmowie z panem Janem, gdyż tak miał na imię ten Polak, zdziwiłem się, że tak dobrze zna ojczysty język, chociaż przez dziesiątki lat nie wyjeżdżał na długo z Egiptu. Po przywitaniu się i rozmowie na temat ojczyzny, tata zaproponował waćpanowi odwiedzenie nas w Polsce. Asan przyjął słowa jako chęć bycia miłym, tedy mój rodzic powtórzył zaproszenie i wytłumaczył, że skoro los sprowadził do niego lekarza, to warto pojechać do nadbałtyckiego kraju, by tam zasięgnąć opinii ekspertów, a przy okazji rozradować swoją obecnością gospodarzy. Po krótkim namyśle jegomość wyraził zgodę i obiecał, iż przed następnym sezonem letnim przybędzie do nas kilka dni, albowiem z chęcią pozbyłby się, gdyby tylko mógł, tego, co czyni go nieszczęśnikiem.

 

   Jakże moja mama była rozradowana i dopytywała się o szczegóły z przebiegu dyskusji. Ojciec miał już dość pytań mojej rodzicielki, ta jednak niczego sobie z tego nie robiła i wciąż myślami krążyła wokół tego tematu. Dopiero gdy nastało zmęczenie i sen zmrużył jej powieki, pozwoliła i innym oddalić się w błogi stan zwany Chwilową Nirwaną.

 

   Następny dzień obfitował w nowe czynności, gdyż potencjalny pacjent polskiego szpitala, w którym leczył mój ojciec, raczył nas nie tylko wspaniałymi potrawami, ale również i zajęciami. Przyszło mi – nie ukrywam – z radością poznawać nowe gry i dyscypliny sportowe, o których przedtem ledwie posłyszałem lub niczego nie wiedziałem. Cóż to był za klimat, nie tylko w kwestii pogody, ale pośród tamtejszej ludności. Nie było ani jednego człowieka, który podniósłby głos na drugiego, ani jednej osoby życzącej komuś źle. Ludzie czynili starania, by żyć w zgodzie, liczyli się z towarzyszami i nie obgadywali innych za plecami, ponieważ było to niemile widziane.

 

 

   Odtąd żyjemy w przyjaźni i serdecznej zażyłości z panem Janem, czasami rozmawiamy dzięki korespondencji. Oto jest wszystko, co miało dotrzeć do Ciebie, drogi mi znajomy, a losy zdrowotne poznanego rodaka, niech zostaną otoczone tajemnicą lekarską, którą na razie zna wyłącznie mój ojciec, chyba że tymi nowinami podzieli się z nami sam przybysz, którego będziemy gościć już na początku maja. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli i pan Jan otrzyma to, czego mu tak brakowało, by być w pełni radosny i pewny siebie.

 

Z wyrazami szacunku,

Janusz
– kolega z Przywidza