Menu Zamknij

Streszczenie dzieła pt. „Dobra pani” Elizy Orzeszkowej

 

 

 

   Tytułowa postać to dobrze sytuowana wdowa żyjąca w XIX wieku. Ewelina Krzycka w okolicach Ongrodu (Grodna) ma dobra ziemskie. Przebywa tam z niechęcią, wyłącznie z powodu interesów. Przez ostatnie spędzone tam dwa lata marzył się jej wyjazd za granicę. Nudząc się na tej prowincji, postanowiła wstąpić do Towarzystwa Dam Dobroczynnych. Jej zadaniem było wyszukanie biednych w wyznaczonej dzielnicy.

 

 

   W chacie mularza dostrzegła pięcioletnią sierotę. Postanawia przygarnąć Helę. Nazajutrz Janowa, żona mularza wprowadziła do salonu pani Eweliny uroczą dziewczynkę w nadziei, iż czeka je tu lepsza przyszłość. Helcia w okamgnieniu zawarła przyjaźń z malutkim pinczerkiem, ulubieńcem „dobrej pani”, która chciała małą ucałować, lecz cofnęła się z powodu jej zaniedbania i biedoty. Wezwany lokaj sprowadził przed oblicze pani domu pannę Czernicką, która usłyszała polecenie wykąpania, uczesania i starannego ubrania przybyłej. Pochwyciła więc w ramiona małą, wyniosła ją z salonu i zaczęła się nią zajmować. W tym czasie Janowa ponownie przypomniała pani Krzyckiej życiorys latorośli. Ojciec tej krewniaczki był mularzem, który zginął wskutek upadku z rusztowania, natomiast matka umarła na cholerę.

 

   Wzruszona pani Ewelina pochwaliła Janową za opiekę nad małą i darowała rozrzewnionej kobiecinie kilka rubli dla jej dzieci na cukierki. Jednakże rozczulony gość postanowił im kupić, za otrzymane właśnie pieniądze, buty i chustki na głowę. W drodze powrotnej pani Janina zatrzymywała się kilka razy, by znajomym mieszkańcom miasta oznajmiać o dobroci tej kobiety.

 

   Po wyjściu odwiedzającej wdowa siedząca w swym pięknym salonie oddała się marzeniom o wspólnych kolejach z tym dzieckiem, które „planuje” bardzo kochać: „…Bóg w nieprzebranej dobroci swojej zesłał na mroczną i chłodną drogę jej życia ciepły i jasny promień słońca”. Rozmyślenia te przerwane zostają przez jej dotychczasowego pupila. Teraz piesek Elf wydawał się jej denerwujący. Z tego też powodu oddała go pod opiekę panny Czernickiej, do garderoby. Nakazała jej nawet, by nigdy więcej nie wpuszczała go do pokoju dziennego. Przy okazji służąca prosi o zgodę na wykorzystanie do uszycia strojów dla Helki domowych zapasów materiałów, a na inne sprawunki dla dziecka bierze pieniądze. Poniektóre rzeczy i część gotówki, podczas kompletowania z niemałym trudem sukienki dla przybyłej, sobie przywłaszcza.

 

   Panią domu ponownie ogarnia zaduma. Mieszkała ona w elegancko urządzonej willi, w której pełno było „zwierciadeł, obrazów i pąsowych adamaszków”, ale dotąd brakowało jej kogoś, kto na stałe zniszczyłby jej przerażającą wizję samotności. Wreszcie myśli jej zostały wstrzymane. Pani Ewelina ujrzała wystrojoną Helcię, którą prowadziła Czernisia. Dziewczynka wzbudziła u niej ogromny zachwyt. Euforię wzbudził jej wyjątkowy, czarowny wygląd. Pochwyciła więc ją w ramiona i okryła pocałunkami. Czułość, którą ukazywała pani Krzycka, wzbudziła u małej poczucie bezpieczeństwa. Dziewczę pewnie nigdy wcześniej nie zaznało takiej tkliwości, więc nic dziwnego, iż nabrało do niej ufności i po chwili już powtarzała poprawnie „filiżanka” oraz po francusku „la tasse”. Jedynie Czernisia, nie wiedzieć czemu, „uśmiechała się w sposób sobie właściwy, trochę szyderski, trochę smutny”.

 

   Biegły kolejne dni równie szczęśliwe dla przybyłej, jak i jej opiekunki. Spędzały ze sobą całe dnie. A to na rozrywce, a to na nauce, a to jeszcze na pieszczotach. Helcia bawiła się, biegała po bujnym ogrodzie, czasem nawet piękna pani goniła ją, ale gonitwa taka „kończyła się zwykle rzuceniem się Helki na szyję pani Eweliny…”. Przechodnie podglądali przez sztachety płota, by podziwiać dwie piękności. Składali relację innym z tego, co udało im się dostrzec przez deski ogrodzenia. W opinii miejscowych pani Ewelina urosła do rangi świętej. Gdy w niedzielę wychodziły z kościoła, inni patrzyli na nie i wychwalali piękno młodej istotki i miłosierdzie starszej. Gloryfikowano osobę, która w ich opinii bezinteresownie zajęła się nieswoim i ubogim dzieckiem. Helcia sypiała w swoim łóżeczku w sypialni pani domu, gdyż obie nie chciały rozstawać się ze sobą.

 

   Dziewczynka uczyła się dobrych manier, w tym stosownego zachowania przy stole. Po roku nauki języka obcego „płynnie szczebiotała po francusku”. Poza tym poruszała się już z taką gracją, jakby „urodziła się w pałacu”. Do tego odznaczała się nietuzinkowym zmysłem estetycznym. Wszystko, co wiązało się z krasą, wprawiało panią Ewelinę w nieprzemożoną radość.

 

   Po trzech latach pobytu małolaty, gdy miała osiem lat, pani domu odkryła u niej, całkowicie przez przypadek, talent muzyczny. Młódka ładnie zaśpiewała francuską piosenkę. Odtąd postanowiła rozpocząć z nią lekcje muzyki. Tymczasem służąca szyła w swojej izdebce i dochodziły do niej z salonu radosne głosy pani Eweliny i Heli. U stóp Czernisi leżał wówczas zapomniany przez panią Elf. W pewnym momencie zwróciła się w stronę psa: „Słyszysz? Pamiętasz? I ty kiedyś tam byłeś!”.

 

   Wkrótce, albowiem po kilku miesiącach, pomyślnie zakończyły się interesy i piękna pani zabrała Helę do Italii. Obie pojechały tam z panną Czernicką i, na prośbę pannicy, także z pieskiem. Po paru miesiącach powracają do, jak sądzi pani Ewelina, nudnego miasta i jego nieciekawych mieszkańców. Janowa odwiedza Helę, która chce podarować cioci zabawki dla jej dzieci, jednakże wzruszona kobieta ich nie przyjmuje. W ostatnim czasie Hela nieco wydoroślała. Zmienił się też jej wygląd, co bardzo zasmuciło „dobrą panią”. Wychudła już się jej tak nie podobała. Nie przypadłą jej też do gustu twarz, która utraciła dawny owal. Pocieszała się jednak iż może jeszcze wyrośnie ona na piękną panienkę. Jej szczęście wciąż było mącone przez wspominanie Helki jako słodkiego maleństwa: „Śliczne dziecko zaczęło przedzierzgiwać się w niezgrabnego podlotka, którego jednak rysy zapowiadały przyszłą piękność młodej dziewczyny”. Podczas rozmowy z usługującą jej panną zwierzyła się, iż powinno się dla Heli zaangażować guwernantkę. Problem był w tym, że pani Ewelina nie znosiła obcych w swoim domu. Poza tym pannica wyrosła, „a tylko takie małe dzieci są prawdziwie miłe i sprawiają rozkosz niezmąconą”. Ubolewając nad rezultatami upływu czasu, zauważyła, iż zmianie uległ też charakter młodej, gdyż zaczęła się dąsać. Obie doszły do wniosku, iż jest to przejaw rozpieszczenia. Kobiety uznały, że wyrośnie z niej złośnica. Niezależnie odtego pani domu spodziewała się gości z Włoch i Helka mogła stać się niewygodna.

 

   Ponieważ postępowania dziewczyny, które kiedyś wydawały się śmieszne, zaczęły irytować Krzycką, postanowiła poświęcać jej coraz mniej czasu. W wyniku tego Hela posmutniała. Nie mogła pojąć powodu takiego odrzucenia. Na nic się zdawało dąsanie i płakanie. Rozżalona niemal rzucała się z rękoma, gdy Czernisia ją ubierała. Tym sposobem pragnęła zwrócić na siebie uwagę swej opiekunki. Nawet bywało, iż ni stąd, ni zowąd z całych sił grała na fortepianie. Ubolewała, że pani Ewelina z nieznanych jej przyczyn karciła ją, nawet „lekkimi uderzeniami po swawolnych rękach”. Niegdyś reakcje opiekunki na takie igraszki były odmienne, wręcz zezwalały na dalsze wyskoki. Teraz jednak przychodziło jej przepraszać na klęczkach za niestosowne zachowania, chociażby za najmniejsze wybryki.

 

   Któregoś dnia pojawił się oczekiwany gość. Był nim słynny artysta, który przybył za wdową do Ongrodu. Pani domu rozmawiała z Włochem w obcym języku i była wówczas ożywiona, a wręcz szczęśliwa. Zdarzało się, że tworzyli duet fortepianu i wiolonczeli. Dziewka przez te dni ani na chwilę nie opuszczała salonu, a znała dobrze język, którym się posługiwali. Towarzystwo dziewczynki, znajdującej się nieustająco w pobliżu ukochanej pani, psuje intymny nastrój tychże spotkań. Dlatego też zafascynowana wiolonczelistą kobieta poleciła Czernisi, aby dziewoja przebywała w pokoju służby, gdy w salonie są goście. Podczas wydawania tego nakazu, by służąca zabierała ją do garderoby jak kiedyś Elfa, sama spostrzegła: „…jak mogłam tak bardzo lubić takie nudne dziecko…”. Na koniec dodała, zwracając się ku pani Czernickiej: „Weź ją i niechaj już ciągle będzie przy tobie…”. Ta wyprowadziła za rączkę oniemiałą Helę. W pokoju służącej postawiono łóżeczko pannicy. Któregoś wieczoru, gdy służąca opowiadała jej bajkę (historię o sobie), dziewczynka dowiadywała się, iż inni również doświadczyli tego brutalnego odrzucenia. Również sama garderobianka bolesnie odczuła przeniesienie z salonu.

 

   Była z niej kiedyś cudowna nastolatka. Prowadziła uwieńczony powodzeniem żywot w kręgu swej rodziny. Już ją młody sąsiad na żonę upatrzył, kiedy to zauważyła ją piękna bogaczka. Po kilku dniach przyjechała do niej wspaniałym powozem i zabrała piętnastolatkę od rodziców i ukochanego, obiecując przy tym wykształcenie, wprowadzenie w świat, zapewnienie szczęścia i lepszej doli. Przez dwa lata piękna pani bardzo kochała ową istotkę. Gdy jednak spotkała na swojej drodze hrabiego, dziewczyna „zrobiła się bardzo nudna i – poszła do garderoby”. Pani poleciła ją wyuczyć krawiectwa i zrobiła z niej swoją służącą. Od dwunastu lat szyje po nocach jej stroje. Gdyby nie owa pani, dziewczyna nie byłaby już panną, miałaby dzieci i własny dom. W rzeczywistości Czernicka opowiedziała o sobie. Mając trzydzieści lat, wyglądała o wiele starzej. Hrabia, o którym napomniała, był żonaty, więc pani Ewelina zainteresowała się księdzem. Następnie w Paryżu przykuła jej uwagę piękna papuga. Zakupiła ptaka i zajmowała się nim przez rok. Raptem zdecydowała, iż ją nudzi, a już został przeniesiony do służącej. Tam posmutniał, pochorował się i zdechł. Papużkę zastąpił pies Elf, który z czasem też znużył wdowę i wylądował w garderobie. Po nim do tego pomieszczenia powędrowała dziewczynka.

 

   Gdy Czernicka popatrzyła na Helę, „ujrzała twarz dziecięcą dziwnie wyglądającą[…] pięknie zarysowana twarz biała w tej chwili jak opłatek, z dwoma strugami cichych bujnych łez[…] z dwojgiem oczu szafirowych[…] Zrozumiała bajkę, ale dziwić się nie przestała”.

 

   Służąca zapewniała smutnawe dziewczę, iż skoro byłą dobra dla papugi i czworonoga, to również taka będzie dla niej. Helcia ułożyła się do snu, a Czernisia zabrała się do szycia sukni dla swojej pani. Zajęcie to trwało do rana.

 

   Po upływie pół roku pani Krzycka przebywała za granicą. Młoda dama jednak już jej nie towarzyszyła. Właśnie w bardzo biednej izdebce wraz z rodziną mularza Jana zasiadała do wieczerzy. To byli prości ludzie. Mieli czworo dzieci. I do tej familii pani Ewelina ją odesłała. Mimo iż minęło sześć miesięcy, dziesięciolatka nie przyzwyczaiła się do życia w takich warunkach. Nadal zakładała na siebie swoje delikatne, już poniszczone, piękne stroje, które zresztą przypominały jej szczególne chwile. Do tego marzła, mimo że inne dzieci biegały na bosaka. Jadała tyle, co ptak napłakał, choć Janowa codziennie przyrządzała dla niej mięso. Wychowanka „dobrej pani” była przedmiotem pośmiewiska dzieci mularza. Kpiły z jej obycia, drwiły, bo czesała włosy, czyściła paznokcie, przeglądała się w lusterku i często się myła. Pomimo upokorzeń, których doznawała, nie reagowała na przycinki. Wyglądała dziwnie, gdyż z czasem wyrosła z tych cudownych sukienek. „Ściągłą i chudą twarz jej z wielkimi, zapadłymi oczami otaczały włosy ogniste, starannie uczesane…”. Jej strój i sposób zachowania przy stole znacząco odbiegał od nędznego zachowania pozostałych.

 

   Gdy w sąsiednim pokoju zapłakało dziecko, Janowa poleciła Heli, by je ukołysała swym śpiewem. Ta znała jeno piosenki francuskie, więc pięknie śpiewając, wprawiła mularza i jego żonę w zadumę i podziw. Krzycka posłała pieniądze na utrzymanie dziecka, acz nie na to ono czekało z utęsknieniem. Usłyszawszy jak mularzowa przyznała mężowi, iż w przesyłce przekazano jej fundusze na półroczne życie Heli, „wyciągnęła ku kopercie ręce”. Sądziła bowiem, że znajduje się tam liścik do niej od pani Eweliny. Mularzowie postanowili tylko część przekazanych rubli przeznaczyć na utrzymanie dziewczynki, a resztę odłożyć. Janowa chciała sprawić jej nowe ubranie, przydatniejsze do nowego otoczenia, ale mularz zdążył ją przestrzec przed sprawianiem jej zbytków.

 

   Tymczasem dawna oblubienica zamożnej wdowy wymknęła się z domu i wyszła na ulicę. Podążała w kierunku willi swej pani. To był dzień dżdżysty, ulice mokre, a ona miała na nogach eleganckie, aczkolwiek podarte buciki. Podeszła pod samą bramę, potem udałą się na dziedziniec, wreszcie weszła do ogrodu. Spod ławki wyskoczył przemokły i zaniedbany pinczerek, który rozpoznał w dziewczynie dawną partnerkę zabaw i uzewnętrznił swoją radość, liżąc jej ręce i twarz: „Stworzenie to było wychudłe także, zziębnięte, głodne zapewne, brudne…”. Dziewczynka nie przejmowała się, iż jej cienka sukieneczka, zresztą już mokra, będzie brudna.

 

 

   Wzięła pieska na ręce i zbliżyła się do okna, by ujrzeć panią, ale dom był opuszczony. Przez nie przeglądała się znajomym sprzętom i wspominała radosne czasy. Potem zupełnie przemoczona spoczęła na mokrej ławeczce. Było jej zimno,siedziała jednak i tuliła do piersi wychudłego, mokrego Elfka, który od chwili do chwili ręce jej lizał”. Hela rozpamiętywała życie spędzone w tymże domu. Wspominając dawne momenty przeżyte u boku pani, zasnęła w deszczu na deskach. O północy malarz Jan odnalazł rozpaloną od gorączki i „stanął jak skamieniały”. Wziął dziecinę w swoje męskie ramiona, wcześniej zrzuciwszy psinę, i „szybkim krokiem” zabrał ją do swojej chaty.

 

Translate »