Menu Zamknij

Chwila grozy

 

  Nad brzegiem oceanu dokazywał chłodny wiatr. Chłód wnikał we mnie, powodując zesztywnienie. Co prawda w Polsce zimno szaleje przez większość roku i jestem do niego przyzwyczajona, acz ostatnie dwa sierpniowe tygodnie, spędzone w ciepłym klimacie, nieco zmniejszyły moją odporność na jakikolwiek przejaw gorszej pogody. Daleko mi było jednak do odczuć Belli, głównej bohaterki ze znanego cyklu autorstwa Stephenie Meyer, która to nie cierpiała niczego co wilgotnawe i chłodnawe. Zresztą to miejsce niczym nie przypominało tego zimnego, mokrego Forks.

   W każdym razie krocząc z ojcem w stronę drewnianego trapu, wcale nie byłam pewna czy taka wyprawa statkiem to dobry pomysł. Co prawda nie cierpiałam na chorobę lokomocyjną, ale tego dnia nie czułam się najlepiej i wolałabym zostać w hotelu. Niestety, tata uparł się, iż każdy dzień musimy spędzać tak, jakby miał być to ostatni. Nie rozumiałam, czemu tak mu na tym zależy. Przecież dopiero rozpoczęłam swój ziemiański żywot, którego panią byłam tylko ja.

   Właśnie wchodziłam na pokład, gdy człowiek z załogi, witając się z nami, przerwał mój pobyt w przestworzach własnych myśli. Kiedy już usiedliśmy, a statek zaczął odpływać, poczułam przyśpieszone tętno. Starałam się uspokoić, zatopić swoją wyobraźnię w głębinach oceanu. W końcu co może się stać na szerokich wodach? Możemy zabłądzić, trafić na sztorm lub zatonąć. W końcu zawsze jest jakaś szansa na wyratowanie ludzi i samej siebie. Zatem dlaczego miałabym się tym przejmować? A jednak temat ten dręczył mnie, gdy wyruszaliśmy w nieznane.

   Po godzinie, choć myśli nadal kłębiły mi się wokół wyimaginowanych katastroficznych wizji, zdołałam rozluźnić mięśnie i rozpocząć delektowanie się świeżym powietrzem. Otuliłam się kocem, który przyniósł mi troskliwy rodzic i starałam się myśleć o następnym dniu. Ostatecznie udało mi się odpędzić niesforne obrazy z mojej głowy i zająć ją problemami dnia powszedniego. Przypomniałam sobie bliski mi dom w środkowej Europie i szkołę, do której uczęszczam codziennie z wyjątkiem wakacji, ferii, weekendów i świąt.

   Rozbudziło się we mnie wspomnienie przystrojonego drzewka, pod którym znajdują się prezenty, i zapachy potraw, ciast wydobywające się z kuchni. Na ślicznym białym obrusie położony maleńki, zresztą tego samego koloru, talerzyk z opłatkiem, a wokół stołu rodzina oczekująca na rozpoczęcie wieczerzy. Ach, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!

   Z tej, jakże wspaniałej, chwili wyswobodziła mnie kolejna, w której prym wiodły pląsające się włosy. Kiedy odgarnęłam kosmyki, spostrzegłam zachód słońca. Tak właśnie się kończył kolejny wolny dzień. Wiedziałam, że nie będzie to krótka wyprawa. Musieliśmy przebyć niemałą drogę, by znowu postawić nogę na starym kontynencie.

   Przygotowano nam posłania, po czym zaprowadzono na kolację. Nie byłam w stanie nic przekąsić, wypiłam jeno ciepłą czekoladę i udałam się na spoczynek. Ojciec wskazał mi miejsce, gdzie położył nasz plecak i wrócił dokończyć spożywanie jajecznicy. Przyznam, że nie było mi łatwo zasnąć, skoro jednak nie przypominam sobie powrotu mojego taty z posiłku tamtego wieczoru, najwidoczniej moje próby wyciszenia odniosły pożądany skutek.

   Obudziła mnie gmatwanina załogi. Chwilowo, po koszmarze, nie byłam w stanie się poruszyć, ani odezwać, więc zastanawiałam się, co się dzieje. Przebiegło przez moje myśli pytanie, czy czasem statek nie tonie. W końcu udało mi się wstać i wyjść z zajmowanego pomieszczenia. Usłyszałam rozmowę prowadzoną w języku angielskim. Zrozumiałam jednak, że mają mały problem z lodówką. Uspokojona powróciłam i widząc drzemiącego jeszcze tatka, wyjęłam z kieszeni plecaka turystycznego moją ulubioną książkę, godnego naśladowania pisarza, Stephena Kinga. Ostatnio skończyłam na setnej stronie powieści „To” i teraz nadarzyła się okazja kontynuowania tej ciekawej literatury. Nie wiem, kiedy minęły kolejne trzy godziny, ale byłam szczęśliwa, iż mój ojciec ustawił sobie budzik na 8 rano. Gdyby ustawił na siódmą, jak to miał w zwyczaju, straciłabym godzinę na jałowej gadce. Zawsze z rana wyjaśniał mi, co planuje i rzadko kiedy brał wtenczas wszystko pod uwagę. Cóż począć? Plany są planami, a życie – życiem.

   Gdy tylko się odział w codzienne ciuchy, postanowił pójść po śniadanie. Byłam zaskoczona jego małomównością. Czyżby i jemu przyśniło się coś mało przyjaznego? Szczerze, to już nie pamiętałam, co dokładnie zaistniało w moim życiu sennym, z pewnością jednak było to olbrzymie i przerażające. Inaczej nie wybudziłabym się zlękniona, z kroplami na czole. Och, koszmar to zmora ludzi w objęciach Morfeusza.

   Kosz-mar. Zabawiałam się tym wyrazem, dzieląc go na sylaby, a nawet pozbywając się z niego śródgłosu, przez co wyszło mi „kr”. Lepiej jednak brzmiało „krr”, gdzie środek słowa był taki sam jak wygłos. Co jednak miał znaczyć mój twór? Przypominał mi „wrr” i „grr”. Brr, nie cierpię ani koszmarów, ani takiego wesołego słowotwórstwa. Dlatego głowę zajęłam częściami mowy i zdania. I tak tkwiłam w świecie fleksji i składni, gdy nagle doszły do mnie słowa mojego ojczulka.

-Herbatka zielona, bułeczki z parówkami i musztardą. A tu masz keczup, gdybyś miała ochotę – oznajmił z uśmiechem i położył moją tacę na stoliku.
-A ty tato nie jesz? – byłam nieco zdziwiona, że nie widzę drugiej tacy z talerzem.
-Zamówiłem sobie jajko sadzone. Też chcesz?
-Nie. Parówki to dobry pomysł. Dzięki – odparłam i jeszcze dodałam z uśmiechem – oczywiście za przyniesienie tak dobrze wyglądające śniadanka.

   Uśmiechnięci jedliśmy cieplutki posiłek, gdy nagle przyszło mi do głowy, co by było, gdybyśmy znaleźli się na bezludnej wyspie bez strawy. Zapewne szukalibyśmy czegoś jadalnego. Tylko czy rozpoznalibyśmy, co jest zdatne do spożycia? Czy umiałabym przeżyć? Nie jestem Bear Grylls i nie prowadzę programu „Szkoła przetrwania”.

   Po śniadaniu i umyciu zębów odniosłam tace i talerze, a w drodze powrotnej podziwiałam spokojne wody. Cieszył mnie widok słońca, które często przedostawało się przez gąszcz chmur. Och, jak dobrze byłoby się wykąpać! Niestety, nie zapowiadało się na krótką podróż. Gdy tak rozmyślałam, spostrzegłam… rekina! Na początku przyjęłam to za coś niezwykłego, w końcu tyle razy widziałam go na filmach. Zaraz jednak oprzytomniałam i zrozumiałam, iż przecież to dzieje się naprawdę, w moim, a nie fikcyjnym życiu. Płynął nieco z przodu. Z pewnością go wyprzedzaliśmy. I nagle ukazał swoją szczękę. Dlaczego? Zapewne wszystko przez kawałek tratwy, którą napotkał na swojej drodze. Widok jego kieł przyprawił mnie o dreszcz. Po chwili jednak zanurzył się i nigdzie nie mogłam go dostrzec. Chcąc go jeszcze zobaczyć, wychyliłam się tak, że moja głowa znajdowała się ociupinę za burtą. To jednak nic nie dawało, starałam się więc jeszcze bardziej wychylić. I wtedy poczułam, że tracę równowagę. Na szczęście trzymałam się białego, metalowego pręta. Niestety, długo tak zwisać nie dałabym rady. W dodatku słyszałam szczęki tegoż wodnego potwora. Wciągnąć się samej było mi trudno. Zaczęłam więc wołać o pomoc. Modliłam się, by ktoś w porę wybawił mnie z opresji. Pierwszy przybiegł mój ojciec, który właśnie tamtędy się przechadzał w celach poszukiwawczych. Po nim podbiegł młody chłopak z załogi. Razem wciągnęli mnie z powrotem.

   Siedząc i otrząsając się z tego wydarzenia, przypomniałam sobie, o czym był sen. Byłam na polanie, na bagnistym terenie, kiedy jakiś potwór zaczął mnie przyciągać do bagna. Nagle zjawił się ojciec, który trzymając moje dłonie, próbował nie doprowadzić do wciągnięcia mnie. I gdy miałam się już przekonać, czy nam się uda, sen został przerwany. Przez co? Trudno powiedzieć.

   Kiedy wróciliśmy do Polski, mieliśmy co opowiadać mamie. Jednak w naszej historii pominęliśmy chwilę pełną grozy. Później ojciec wyznał mi na luzie, iż tamtej nocy miał nadzwyczajny sen. Ponoć ratował mnie z ramion bagiennego potwora. Spojrzałam się na niego oniemiała i jedyne co wydusiłam to aż cztery wyrazy „to też mój sen”. Jak wytłumaczyć niewyjaśnione?

   Niezależnie od tego, co można byłoby sądzić na ten temat, jestem pewna, iż cała ta wyprawa była bogata w doświadczenia. Nie należała też do bezpiecznych, zwłaszcza przy niezachowaniu podstaw bezpieczeństwa. Dzięki wczasom nauczyłam się, czym jest zwiększona czujność i odpowiedzialność za siebie. Wcześniej nie martwiłam się tak o siebie, jak o innych. Nie brałam pod uwagę, iż jestem istotną cząstką świata mojej rodziny i gdyby mnie zabrakło, jej bytowanie zamieniłoby się w gehennę. O tym przekonał mnie na spokojnie mój wspaniały tata. Toteż postanowiłam zadbać o własną osobę i nie narażać się na te zagrażające życiu momenty, które można przewidzieć, przez co i uniknąć. W końcu nie po to dano mi życie, by je w taki sposób utracić.

Translate »